| Wykład docenta Bohdana Kaczmarka |
|
Temat: Czy i komu potrzebna jest dalsza prywatyzacja KGHM-u? Witam Państwa! Moja wypowiedź będzie raczej głosem w dyskusji i nie będzie to taka czysta wypowiedź uczonego z dystansu. Nie będzie to czysta wypowiedź z dystansu z oczywistych powodów, ponieważ jak część z Państwa pewnie pamięta, trudno byłoby mi taki dystans zachować wobec KGHM-u w ogóle, a w szczególności wobec problemu prywatyzacji, ponieważ tak się zdarzyło, że w niektórych etapach tego procesu jakoś uczestniczyłem. Muszę powiedzieć na wstępie, że nie jestem ani fundamentalnym przeciwnikiem wszelkiej prywatyzacji, ale też prywatyzacja nie budzi mojego bezkrytycznego entuzjazmu. Uważam, że do kwestii prywatyzacji trzeba podchodzić kontekstowo, sytuacyjnie uwzględniając realia gospodarcze i społeczne, uwzględniając wreszcie to, o czym czasami tak neoliberalnie zorientowani ekonomiści zapominają, że korporacje, przedsiębiorstwa, organizacje są systemami społecznymi. Mają, jak to się czasami mówi, swój elektorat, swoich interesariuszy. Tymi interesariuszami nie są tylko inwestorzy i właściciele. Ta siatka interesów społecznych związanych z działalnością organizacji - w tym przypadku tak dużej korporacji jak KGHM jest bardzo szeroka i złożona. Jeżeli nie chce się czegoś kompletnie spaprać, to kluczowym punktem wyjścia musi być rozpoznanie tej struktury interesów i uwzględnianie tego socjopolitycznego aspektu prowadzonej działalności. Wspominając te swoje prywatyzacyjne doświadczenia uważam, że pierwszy etap prywatyzacji KGHM-u był przedsięwzięciem w sumie dość udanym, co nie znaczy, że nie można tam znaleźć także różnych słabości. Ale generalnie doprowadził on do tego, że firma przynajmniej potencjalnie mogła jak gdyby wejść na rynek, dokonać restrukturyzacji, ucywilizować swoje procedury, poddać się publicznej kontroli, unowocześnić zarządzanie, zwiększyć jego efektywność. W wielu tych obszarach KGHM, przy wszystkich słabościach - nie zawsze korzystnej prasie, która jakoś KGHM-owi od zarania tych transformacyjnych przekształceń towarzyszy sobie jednak jakoś radził i poradził sobie przecież lepiej niż ci, którzy kiedyś próbowali ten KGHM nabyć w drodze jakieś pokątnej i nie ekwiwalentnej wymiany ze skarbem państwa, co Państwo sami pamiętacie najlepiej, bo po prostu zapobiegliście takiej rabunkowej, nieprzemyślanej prywatyzacji. Można się zastanawiać, dlaczego ten pierwszy etap się „ jako tako” udał, na tle chociażby doświadczeń innych prywatyzacji, których przecież skutków dzisiaj doświadczamy - chociażby problem stoczni. Udał się z paru powodów. Po pierwsze wydawało się wtedy, że ta prywatyzacja jest po prostu firmie potrzebna. Ludzie dostrzegli w niej szansę. Wszyscy rozumieli, że to ułatwi zarządzanie, unowocześni struktury, czy przynajmniej stworzy w tym zakresie warunki. Zawiązał się taki synergiczny pewnie sojusz interesów: pracowników, menagementów, państwa jako właściciela, banków, rynków kapitałowych, które w ostatecznym rezultacie do tego sukcesu doprowadził. Przypominam sobie jak wówczas pracowaliśmy. Byłem członkiem Rady Nadzorczej KGHM-u i przypominam sobie długie, ostre debaty na temat tej prywatyzacji, debaty z doradcami ministra, z firmami doradczymi w sprawie wyceny i sposobu przeprowadzenia prywatyzacji. Przypominam sobie burze mózgów, które tak naprawdę notorycznie w tej sprawie miały miejsce, przypominam sobie dyskusje z menegementami. Przypominam sobie wreszcie, że towarzyszył temu w miarę uczciwy dialog społeczny, tzn. poszanowanie partnerów i świadomość tego, że w tym przedsięwzięciu trzeba uruchomić różne interesy, że trzeba znaleźć społeczne przyzwolenie i takie elementarne społeczne przyzwolenie dla tego etapu prywatyzacji udało się zrealizować. Przypominam sobie także, że przynajmniej ci, z którymi wówczas miałem do czynienia i w moim własnym samopoczuciu (zawsze może być ono mylne) czuliśmy brzemię odpowiedzialności za dorobek wielu pokoleń; za coś, co zostało zbudowane trudem całego społeczeństwa, a zwłaszcza ludzi tu mieszkających, że musimy zrobić to po prostu poważnie, bo my odejdziemy, ale KGHM będzie istniał. Przypominam sobie także pewną umowę społeczną, która nie została, o ile wiem, na piśmie zawarta, ale która była dla wszystkich kontrahentów tego procesu dość oczywista, a mianowicie robimy ten krok po to, żeby KGHM stał się bardziej zdolny lepiej do gry na światowych rynkach w polskiej gospodarce, ale robimy to pod warunkiem, że kontrola państwa zostanie utrzymana, a ewentualne zagrożenia związane z utratą takiej kontroli będą wyeliminowane poprzez określoną koncepcję prywatyzacji, poprzez ten graniczny udział skarbu państwa, który miał być zaporą przed jakimś wykupem czy też wyczyszczeniem z kapitału firmy kosztem pracowników czy późniejszych interesów skarbu państwa. Towarzyszyła temu pewna niepisana umowa społeczna i myślę, że ona gdzieś w świadomości wszystkich jest. Poszliśmy na tą prywatyzację po to, żeby firma się miała lepiej, ale nie kosztem długofalowych interesów państwa, interesów regionu i przy respektowaniu interesów różnych społecznych partnerów, które są związane z KGHM-em. Przypominam sobie (niektórzy z Państwa to też bardzo dobrze pamiętają) drugą próbę prywatyzacji pod koniec rządów SLD - próbę nieprzemyślaną, w moim przynajmniej przekonaniu, gwałtowną, motywowaną nie tyle potrzebami budżetowymi, co raczej pewnym dostrzeżeniem ostatniej okazji na uwłaszczenie. Udało nam się wówczas temu zapobiec, choć wiązało się to też z tym, że część władz spółki, pochodzących w takiej firmie jak KGHM jednak z jakiegoś politycznego mniej lub bardziej rozdania, zachowała się zgodnie ze swoim poczuciem odpowiedzialności, a nie ze swoim osobistym, doraźnym, partykularnym interesem. Udało się oczywiście przede wszystkim dlatego, że na straży swojej spółki stali pracownicy i że jednym z kluczowych aktywów tej spółki jest właśnie to, że ludzie są świadomi tego, co jej zawdzięczają i nie dają się tak łatwo manipulować. Udało się również dlatego, że niezależnie od tych różnych politycznych rozdań i politycznych orientacji, miałem takie przekonanie i po dzień dzisiejszy mam, udawało nam się w Radzie Nadzorczej, a przez długi czas również w gremium kierowniczym spółki pracować merytorycznie, czasami bardzo ostro się spierając, ale ponad podziałami. Szukaliśmy rozwiązań; wiedzieliśmy, że możemy reprezentować różne polityczne opcje, ale coś nas łączyło. Łączyło nas to poczucie – poczucie odpowiedzialności. No i teraz pojawia się pytanie o tą proszę trzecią w mojej aktywnej świadomości (bo dzisiaj przyjechałem – w tym sensie aktywnej) próbę prywatyzacyjną. Na pewno jest tak, że są potrzeby budżetu (jak wynika m.in. z różnych prasowych enuncjacji). Te potrzeby budżetu wręcz grożą w ciągu dwóch, trzech lat (jak niektórzy twierdzą) katastrofą budżetową i grożą utratą kontroli państwa nad własnymi finansami. Tak niektórzy przestrzegają, więc ciśnienie potrzeb budżetowych jest obiektywnie – to przyznaje - niewątpliwie większe niż było czy to w pierwszym etapie prywatyzacji (tej za mojej pamięci) czy w tej nieudolnej (na szczęście) drugiej próbie. Jak wiadomo resort Belki zostawił następcom nadwyżki budżetowe, więc wtedy takich ciśnień budżetowych nie było - zupełnie inne intencje tym przedsięwzięciom towarzyszyły. Pojawia się natomiast pytanie (takie, które wykracza poza problem KGHM-u): czy rzeczywiście jedynym ratunkiem dla budżetu jest taka pospieszna wyprzedaż, łatanie dziur, czy to tak naprawdę odzwierciedla interesy państwa, czy raczej krótkookresowy polityczny interes tych, którzy władzę sprawują, którzy chcieliby nie narażać się większemu elektoratowi podwyższając podatki. A tak naprawdę gdzieś w tym jest zawarte takie przekonanie „po mnie choćby „potop”, bo tej potrzeby KGHM nie załata. Nawet przy całym szacunku dla KGHM-u, wiemy jaka to jest skala – po prostu to nie ta skala, to nie ta skala - KGHM nie uratuje budżetu. Poza tym, może budżet warto ratować ograniczając wydatki tam, gdzie one są nieuzasadnione. Sami Państwo przy różnych okazjach i w debacie o tym mówicie: nieszczelne, niekompetentne państwo urządzające drogie wycieczki zbrojne zagranicą ma wiele możliwości oszczędzania, ma wiele możliwości oszczędzania. (Szkoda, że to nie jest przedmiotem publicznej debaty). Ma wiele możliwości oszczędzania, np. kilkanaście miliardów złotych ma zamiar zapłacić trzeciorzędnej ubezpieczeniowej firmie pod nazwą EUREKO. To płacić będą ci, którzy jeszcze niedawno w komisji do spraw PZU mówili, że to przestępstwo, prawda? To niby nie bezpośrednio może z kasy państwa, ale pośrednio, to jest kilkanaście milionów, ale nie więcej niż będzie można uzyskać ze sprzedaży KGHM-u przynajmniej w takiej skali i w tych warunkach. W świetle swojej wiedzy i obserwacji, te obawy (które już w tej dyskusji się pojawiły), że taka nieprzemyślana, pozbawiona porządnego uprzyrządowania, niewiążąca interesów społecznych, nie partnerska, arbitralna prywatyzacja skończy się źle. Po pierwsze istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie po prostu w sensie profesjonalnym spartaczona. Niestety, specjalnych osiągnięć od jakiegoś czasu w tym zakresie nie mamy. Są obiektywne czynniki – jest kryzys, ale i brak profesjonalizmu. Na pewno istnieje niebezpieczeństwo rabunkowej gospodarki złożem, jednostronnej orientacji na efekty finansowe, na drenaż, na przejęcie rynku. Na pewno wtedy trzeba się liczyć z redukcją zatrudnienia, ze wszystkimi konsekwencjami dla regionu. Wiemy jak różny jest poziom efektywności, gdyby tylko ekonomicznie na to popatrzeć, różnych segmentów KGHM-u. Istnieje wtedy realne zagrożenie wygaszenia części produkcji, na pewno też interesy regionu i pracowników nie będą w tym procesie istotnie respektowane. Uważam, że prywatyzacja nie jest remedium na kłopoty KGHM-u, nie jest przynajmniej remedium jedynym. Uważam także, że jest to specyfika przemysłu wydobywczego, że jednak jest tutaj taka regionalna monukultura oparta na miedzi (jeśli można użyć takiego sformułowania). Uważam także, co już trochę wykracza jak gdyby poza ten problem prywatyzacji KGHM-u, że to co się dzieje w świecie przekreśla mit mówiący o tym, że państwo nie może pełnić roli przedsiębiorcy, a musi się ograniczyć wyłącznie do roli regulatora, który w swoim działaniu zostanie wyręczony przez niewidzialną rękę rynku. Takiemu przekonaniu zaprzecza cała historia kapitalizmu, gdzie państwo często z prywatnym kapitałem razem od początku (od kompani indyjskich, brytyjskich) szło wspólnie. Takie przekonanie zakwestionować można w oparciu o to, co się na świecie dzieje. Można byłoby przecież powiedzieć, że to są doraźne działania w czasach kryzysu, ale dzisiaj na świecie (przynajmniej o ile ja jestem przytomny) to się nacjonalizuje, nawet w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, nawet w sąsiednich Niemczech państwo wkracza do gospodarki próbując jakoś ją ratować. W konsekwencji przejmuje rolę właściciela i uzyskuje wpływ na zarządzanie, nawet można byłoby powiedzieć, że dobrze byłoby, żeby czasami wpłynęło, żeby to się nie skończyło w ten sposób, że pieniądze amerykańskich czy innych podatników zostaną wypłacone w formie złotych spadochronów dla szczególnie efektywnych menagerów, którzy przy tej okazji mieli sposobność podziękować za dotychczasową pracę, co przecież też miało miejsce i bulwersowało opinię publiczną i w Stanach, i wszędzie. Takie przekonanie, że państwo nie może, jest moim zdaniem błędne – państwo może. Zerknąłem sobie jak to jest teraz w Chile. Jak wiadomo numerem 1 w przemyśle wydobycia miedzi jest chilijska firma KODEKO. Ona ze swoją historią dumnie, także na anglojęzycznych stronach, się obnosi. Ta firma powstała w wyniku nacjonalizacji i po dzień dzisiejszy jest państwowa. Ta firma swoją państwową formę własności (bardziej nawet ułomną niż KGHM) zawdzięcza zapisom konstytucji, które gwarantują taki charakter eksploatacji narodowego dobra Chile jakim jest miedź. No i interesowało mnie to, co się z tą miedzią działo w czasach Pinocheta, który przez niektórych jest symbolem takiego demiurga przyspieszonego rozwoju i rozwiązywania problemów ekonomicznych zgodnie ze standardami szkoły chicagowskiej. Z tego, czego się dowiedziałem wynika jedno – on tego nie sprywatyzował, nawet Pinochet w Chile (mimo, że to dekret prezydenta Allendy gdzieś tam był po drodze). On co innego wymyślił. Zresztą wymyślono wcześniej, on to jakoś tam doskonalił (to jest zresztą problem, który dzisiaj jest debatowany, ponieważ to utrudnia działanie tamtej miedzi). Mianowicie on opodatkował miedź 10 % podatkiem na armię. On po prostu się finansował, finansował państwo, finansował armię. Teraz Chile od tego chce odejść, bo to też wywołuje zaniepokojenie sąsiadów, że takie pieniądze idą w Chile na zbrojenia. Można popatrzeć przecież także i na takie formy, które warto może rozważyć w debacie – jeżeli w ogóle ktoś tą debatę podejmie, poza tymi, którzy na tej sali są zgromadzeni. Gdyby popatrzeć na te niemieckie doświadczenia (od volkswagena poczynając - tam różne koleje losu są, było orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, ale nadal Dolna Saksonia ma tam zaporowy pakiet akcji). Jak popatrzeć na niektóre banki niemieckie, tam też są w różnej postaci środki publiczne. Może trzeba pomyśleć o tym, żeby państwo, jeżeli nie potrafi brać odpowiedzialności za miedź, jakoś wyręczyć tzn. uruchomić potencjał regionu. Nie tylko w debacie z państwem o formułę prywatyzacji, ale także w sensie organizowania kapitału i także w sensie organizowania ruchu społecznego na rzecz utrzymania jednak kontroli nad polską miedzią. Nie wiem, być może tutaj jakieś prace czy pomysły w tym zakresie były realizowane, ale tak na zdrowy rozum (trochę może jak „Filip z konopi” nie znając tych prac) wydaje mi się to mi się to też możliwe, warto to rozważyć, policzyć, pomyśleć. Może jeżeli państwo chce sprzedać, to niekoniecznie trzeba to sprzedawać przez giełdę. Może to powinien region jakoś kupić, może fundusz inwestycyjny regionu (który się w tym celu powoła). Warto przynajmniej „na sucho” przećwiczyć, czy istnieje taki wariant, gdyby państwo było oporne na argumenty, które już do tej pory zostały sformułowane. Chciałbym też powiedzieć (rozmawiałem o tym z profesorem Kamińskim jadąc, że być może moje intuicje w tym zakresie nie są dostatecznie kompetentne. Pocieszam się trochę, że ten taki neoliberalny dogmatyzm, gdzieś głęboko zakorzeniony, w jakimś sensie uzasadniony, bo to była reakcja na gospodarkę nakazowo-rozdzielczą na biurokratyczne struktury, jak gdyby zaczyna pękać. To się wyraża w różnych formach i w tej praktyce różnych rządów z amerykańskim na czele. Kto by pomyślał, że w Ameryce będą nacjonalizować, a w Europie chcą prywatyzować - w Europie socjalnej chcą prywatyzować, w Ameryce chcą nacjonalizować, ale także w takiej warstwie naukowej, intelektualnej. Allan Greenspan powiedział gdzieś na przesłuchaniu przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, że myliliśmy się. Byłem na spotkaniu z kluczowymi ekonomistami i mówią w ten sposób: „to co było nurtem pobocznym, to co było marginesem ekonomii staje się dzisiaj nurtem głównym” i to mówili wcale nie przedstawiciele jakiegoś kierunku alternatyw dla Friedmana, bo chociażby profesor Belka, który raczej należy do ekonomistów orientowanych jednoznacznie prorynkowo, ale przytomnych. Te nagrody Nobla, np. dla Oliviera Williamsona za ekonomię kosztów transakcyjnych, ekonomię instytucjonalną to pokazanie, że rzeczywista gospodarka to nie tylko rynek. Rzeczywista gospodarka to rynek, instytucje, rzeczywista gospodarka to rynek i organizacje. Przecież gdyby porównać wielkie światowe koncerny, ich potencjał ekonomiczny z potencjałem takiego państwa średniej wielkości jak Polska, porównać PKB z wartością sprzedaży (w czym się specjalizują czasami niektóre opiniotwórcze tygodniki) to przecież te korporacje mają potencjał ekonomiczny znacznie większy niż potencjał państwa polskiego. A czy one wewnątrz stosują wolną grę sił rynkowych? – Nie, one wewnątrz stosują struktury hierarchiczne, można byłoby powiedzieć nasadowo – rozdzielcze, precyzyjne planowanie w pewnych przynajmniej zakresach. Sygnalizują to po prostu, żeby nie ulegać takiemu ……….., bo tym argumentom towarzyszy też pewien fundamentalizm doktrynalny. Ten fundamentalizm doktrynalny daje się moim zdaniem kwestionować. Czy noblistka, politolożka notabene, pani Ostron, u której profesor Kamiński (jak mówił nawet bywał) dostała nagrodę Nobla za badania nad wspólnotowymi formami władania, (oczywiście w dość specyficznych warunkach), ale to też można byłoby powiedzieć, nie jest dotychczasowy główny nurt (przynajmniej tak jak pobieżnie można by było postrzegać) ekonomii – to jest szukanie nowych dróg. Jeżeli wraca i nawet rządy, (i prawicowe, różne) mówią o potrzebie wprowadzenia jednak w jakiejś formie podatku ………., jeżeli wielcy magnaci finansowi jak Soros, mówią o potrzebie rządu światowego (i to już dawno przed tym kryzysem) to stoi przed nami, przed praktyką, nauką, polityką intelektualne wyzwanie, które pozwoli skuteczniej wspólnotowo zarządzać dobrem, a nie wyłącznie zdać się na „ślepą” siłę rynku. Rynek trzeba szanować, tak jak przyrodę trzeba szanować, ale to, że szanujemy przyrodę, czujemy jej potęgę, nie znaczy, że nie będziemy kanałów irygacyjnych budować, przestrzegać pewnych norm dotyczących wydobycia, żeby się coś nie zawaliło albo żeby się jakieś nieszczęście nie stało. Po prostu do tego trzeba podejść z dystansem, spokojnie, rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”, policzyć i pomyśleć, jak z tego wybrnąć. Tak naprawdę problem polskiej miedzi to nie jest tak do końca problem polskiej miedzi. To jest problem degeneracji państwa, postępującej degeneracji państwa, niestety degeneracji zarządów różnych ekip i różne ta degeneracja ma oblicza. Ale ta nieodpowiedzialność, krótkowzroczność, demagogia, niezdolność do mierzenia się z problemami w dłuższej perspektywie, (co potem owocuje taką właśnie chwiejnością strategiczną, kadrową w KGHM-ie, gdzie tak się po prostu gospodarować złożem nie da, to przyroda nawet na to nie pozwala). Myślę, że to jest ważna kwestia. Musimy myśleć co z tym państwem zrobić, bo nawet gdy sprywatyzujemy KGHM, podratujemy budżet na krótko,a te problemy wrócą, ze zdwojoną siłą. Problemem jest państwo, problemem jest klasa polityczna, problemem jest niedobrze funkcjonująca demokracja, problemem są ogłupiające ludzi media – to jest faktycznym problemem i trzeba ten problem nazwać. Od tych, którzy mogą ten problem rozwiązać wymagać jego rozwiązania. Dziękuję bardzo. |